Chengdu – chiński Nowy Rok, pandy i 72 godziny w pociągu

Droga do Chengdu

Chiński Nowy Rok czy raczej Święto Wiosny (Chunjie) to czas w Chinach szczególny. Setki milionów ludzi rzuca wtedy wszystko i rusza w podróż do domu by spędzić ten szczególny czas w towarzystwie najbliższych. W okolicach mojej szkoły miałem parę małych lokali gastronomicznych otwartych przez cały rok. Codziennie niezależnie czy było 6 rano czy 10 wieczorem widziałem w nich tych samych ludzi. Zamykali tylko raz w roku – na te parę tygodni Święta Wiosny, poza nim pracując po 16 godzin, 7 dni w tygodniu. Wsiadali wtedy w pociąg lub autobus i ruszali do domów rodzinnych zażyć upragnionego wypoczynku.

Szczególną grupą, która w tym okresie rusza do domów są podróżujący robotnicy. Szacuje się, że po Chinach za pracą jeździć nawet do 200 milionów robotników. Zatrudniają się na budowach, w fabrykach, a gdy robota się kończy, jadą dalej. Do tej wędrówki ludów dołączają studenci, biznesmeni, intelektualiści, słowem całe Chiny ruszają w drogę. Ceny biletów lotniczych szybują w górę, bilety na pociągi wykupione są na pniu i tylko dzięki zaradności zarządu Kolei Chińskich udaje się tę ciżbę ludzką jakoś przetransportować. Nie wspominając o niesamowitej wytrzymałości Chińczyków i gotowości zniesienia wszelkich trudności by dotrzeć do celu.

Na Chiński Nowy Rok wybrałem się do Chengdu, zaproszony przez moją przyjaciółkę Dou. Odwiedziła mnie ona kiedyś w Prabutach i była pod wrażeniem, nazywając te małe polskie miasto – rajem na Ziemi (przesadziła, nie ukrywam). Ta wychowana w wielkim chińskim mieście, właśnie w Prabutach, po raz pierwszy, w wieku 25 lat, siedziała przy ognisku.

Do Chengdu dostałem się na pokładzie jednego z pociągów specjalnych. Pociągi te podstawiono dodatkowo z powodu tłumów podróżnych w czasie Święta Wiosny. Składały się ze starych wagonów kuszetkowych (hard sleepers), przekształconych w wagony do siedzienia. Odjeżdżałem z największej stacji Pekinu i jednej z największych stacji kolejowych Azji – dworca Zachodniego. Zbudowany jest na kształt olbrzymiej pagody i obsługuję nawet do 400,000 pasażerów dziennie.

800px-beijing_west_train_station_01_edit
Pekin Zachodni

Odjazd odbywał się późnym wieczorem. Zaopatrzyłem się w kanapki i zupki instant i można było ruszać. Byłem w pewnym sensie szczęściarzem, bo miałem miejscówkę. Ludzie bez miejscówek tłoczyli się na korytarzu, zabawiani przez wygadujących głupoty studentów. Pomimo tłoku atmosfera była przyjemna. Ludzie cieszyli się na powrót do domów i niestraszny im był tłok i paredziesiąt godzin w niedogrzanym pociągu. Znalazłem swoje miejsce na dolnej kuszetce przekształconej w 4-osobowe siedzisko i ulokowałem się pomiędzy trzema Chińczykami. Górne kuszetki były niedostępne na początku podróży i dopiero dlugo po zmroku konduktor pozwolił użyć środkowych kuszetek do spania. Górne słuzyły głównie jako półka na bagaż. Jedna osoba z naszej czwórki poszła spać na środkową kuszetkę, a my połozyliśmy się spać we trójkę, praktycznie jeden na drugim.

TripChengdu 029
Mój „przedział” po opustoszeniu. Widać numeracje miejscówek – ABCD

Spaliśmy na środkowym koju po kolei, więc każdy miał jakieś dwie godziny w miarę dobrego snu. Pociąg specjalny miał to do siebie, że był to rodzaj „dalekobieżnego pociągu regionalnego”. Zatrzymywał się na każdej stacyjce. W sumie droga z Pekinu do Chengdu zająć miała 42 godziny. Pociąg pełen był najróżniejszych typów, choć dominowali studenci. Było też sporo robotników i ludzi z prowincji taszczących tobołki wielkości lodówki lub lniane wory pełne jedzenia i dobytku. Zagadał do mnie pewien student, który koniecznie chciał mi rano „coś pokazać”. Zgodziłem się i poszedłem spać. Pociąg ślimaczył się niemiłosiernie, ale również stopniowo się wyludniał. Ludzie wysiadali na swoich stacjach, a wsiadających było bardzo niewielu. Na drugi dzień tłok w moim wagonie mocno się przerzedził, a pod wieczór zrobiło się niemal pusto.

Student obudził mnie rano bym mógł podziwiać kolejowe mosty i górskie tunele tej części Chin. Widok było doprawdy imponujący choć byłem zbyt śpiący by to w pełni docenić. Opowiedział mi też jakąś miejscową legendę, z której nic nie pamiętam. Może dlatego, że nie dał mi nawet zjeść śniadania. Wagon, w którym się znajdowaliśmy był dość starożytny, ale jak każdy chiński wagon oferował darmowe ‚kai shui’ – gorącą wodę. Na końcu wagonu znajdowało się małe pomieszczenie z piecykiem na węgiel, który dorzucał konduktor i dużym zbiornikiem z gorącą wodą. W niedogrzanym wagonie „zupka chińska” i gorąca herbata smakowały znakomicie. Drugą noc przespałem już całą na górnej kuszetce. Pociąg był niemal pusty. Rano przyszedł konduktor, ciekawy czemu nie poleciałem samolotem. Wydało mu się dziwne, że obcokrajowiec (znaczy bogaty) podróżuje w takich warunkach. Pociąg dotarł do Chengdu zgodnie z rozkładem, pokonując 2,200 km w nieco ponad 42 godziny.

TripChengdu 068
Fajerwerki nad Chengdu

Chiński Nowy Rok

Na stacji powitała mnie Dou i ruszyliśmy odwiedzić jej dziadków. Zjedliśmy tam i pojechaliśmy do jej domu. Trwała zima, a domy w Chengdu w większości nie mają ogrzewania. W mieszkaniu jej mamy było niemal tak zimno jak na dworze, jedynie pod prysznicem miałem okazję się ogrzać. Na szczęście wiele restauracji ma ogrzewanie, co było niejako ratunkiem. Wieczorem razem z Dou i jej małymi kuzynami poszliśmy puszczać fajerwerki. Co ciekawe, jest to zwyczaj czysto rodzinny. Nie było wielkiego pokazu sztucznych ogni, ani niczego z tych rzeczy. Ludzie kupowali fajerwerki i sami je puszczali na ulicach, często całymi rodzinami.

TripChengdu 380
Kuzyni Dou

Święto Wiosny to święto bardzo rodzinne. Rano razem, z jej mamą, dziadkami i małymi kuzynami wybraliśmy się do parku. W parku znajdowały się herbaciarnie ze stołami do Madżonga i miałem okazję obserwować rodzinę Dou w akcji. Jej mały kuzyn nie mógł przestać gadać, opowiadając mi o swoich zabawkach i ulubionych kreskówkach. Jego starszy brat był już bardziej stateczny i wypywał o różne rzeczy dotyczące Europy. Po obiedzie, zostawiliśmy rodzinę Dou i pojechaliśmy zwiedzać miasto.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Skierowaliśmy się najpierw do świątyni Wuhou, poświęconej pamieci Zhuge Lianga słynnego kanclerza państwa Shu Han z okresu tzw. Trzech Królestw. Świątynia pełna była Chińczyków, którzy przybyli tu zapalić kadzidła i złożyć drobne dary bóstwom. Głownie alkohol czy pieniądze. Dou również zapaliła kadzidło i złożyla pokłon bogom. Jest ateistką, ale tego rodzaju rytuały to dla niej po prostu część chińskiego dziedzictwa.

TripChengdu 121
Dou i kadzidła

Tuż obok świątyni znajduję się deptak Jinli. Historyczno-handlowa ulica, punkt obowiązkowy w Chengdu. Pełna była lampionów, sklepów z wyrobami artystycznymi i lokalnymi m.in. latawcami. Ulica pełna była ludzi, a lampiony i kształt stoisk przypominały mi miasto duchów z filmu Hayao Miyazaki „Spirited Away”. Nieopodal odbywał się też koncert z okazji nowego roku i towarzyszące mu pokazy Kung-Fu mistrzów z Shaolin. Chłopaki koncentrowali w sobie energie Qi i rozwalali sobie na plecach deski, krzesła albo przykładali sobie włócznie do gardła. Wyglądało to dość imponująco, ostrze włóczni oparte było o krtań jednego z nich, podczas gdy drugi pchał z taką siłą, że bambusowe drzewce włóczni gięły się na kształt łuku. Nie jest pewien w jaki sposób udało się im się wykonać ten trik.

Wszędzie wokoło trwał festyn i można było spróbować lokalnych przysmaków. Świetnie smakowały słodkie kuleczki z masy ryżowej, a dziewczyny je sprzedające wyglądały słodko w swoich uniformach.

TripChengdu 153

Chengdu i pandy

Dou była tego dnia zajęta, ale wyposażyła mnie w mapę i opis marszruty. Pierwszym przystankiem był park w którym znajdowała się chata słynnego chińskiego poety Du Fu. Park sam w sobie był cichy, niemal pozbawiony zwiedzających i miał w sobie sporo uroku. Du Fu był związany z tymi ziemiami i darzony jest tu dużym szacunkiem. Wśród zbioru tlumaczeń jego poezji w jednym z budynków znalazłem też polskie tłumaczenie z lat 70., zawarte w „Antologii poezji chińskiej”. Sama chata poety jest rekonstrukcją, ale park wokoło wart jest spaceru.

TripChengdu 131.jpg
Jedna z pagód w parku wokół chaty Du Fu

Kolejny celem była taoistyczna świątynia Qingyang. Świątynia jest wciąż czynna i gdzieniegdzie można spotkać opiekujących się światynią kapłanów. Widać też sporo wiernych i turystów. Po krótkim obchodzie, złapałem autobus do głównego celu mojej wyprawy – Ośrodka Badań nad Pandą Wielką.

TripChengdu 223.jpg

Sam ośrodek badań nad pandami znajduję się trochę za miastem, ale łatwo dojechać tu zwykłym miejskim autobusem. Chengdu znajduje się w okolicy naturalnych siedlisk pandy wielkiej, która jest narodowym zwierzęciem Chin. Za zabicie pandy grożą surowe kary, a państwo wydaje olbrzymie pieniądze na ochronę tego zagrożonego wyginięciem gatunku.

TripChengdu 252.jpg
Panda wielka

W ośrodku znajdują się kilkanaście wybiegów dla pand dorosłych i dla młodych. Pandy głównie jadły, spały i robiły też trzecią rzecz, która się rymuje, nieskrępowane widokiem gapiów. Oprócz pand wielkich znajdują się tu też mniej znane pandy małe.

TripChengdu 268.jpg
Panda mała

Wycieczka rowerowa i gorący kociołek

Ostatniego dnia wybraliśmy się na małą wycieczkę rowerową po mieście. Chengdu to miasto olbrzymie, liczące 4 miliony mieszkańców. Aglomeracja to już 10 milionów. Naszym celem było centrum miasta, stara szkoła Dou i ulica handlowa. Rower to w Chinach bardzo ważny środek transportu, a większość miast wydziela specjalne pasy rowerowe wzdłuż ulic. W coraz bardziej zakorkowanych metropoliach, rower to środek transportu bardzo praktyczny, choć preferowany z wiadomych przyczyn, głównie przez biedniejszą część populacji.

TripChengdu 469.jpg
Ulice Chengdu

Na głównym placu stoi monumentalny posąg Mao, pomnik ponurego dziedzictwa tego kraju, który czci jednego z największych zbrodniarzy w dziejach. Cześć dla Mao jest słabsza wśród młodszego pokolenia Chińczyków, ale wciąż można spotkać wielu fanatyków gotowych recytować z pamięci poezję na część przewodniczącego i tłumaczyć niemal każdą jego zbrodniczą decyzję. Stosunek Dou do Mao był dość negatywny. Jej zdaniem jednak, jest on częścią przeszłości, do której nie warto wracać. Ona sama woli skupić się na tym co tu i teraz.

TripChengdu 451.jpg
Dou i wielki posąg Mao w tle. Napis głosi, że nie ma takich trudności, które złamały by dzielny naród chiński. Przetrwali Mao, więc coś w tym jest.

Wieczorem wróciliśmy do domu Dou i wraz z jej mamą wybraliśmy się do restauracji serwującej Huo Guo – ognisty/gorący kociołek. Idea potrawy była dość ciekawa. Na każdym stoliku znajdował się palnik, a na nim kelner stawiał kociołek z wybranym przez nas smakiem zupy. Można było zamówić dwa smaki w podzielonym na komory kociołku. Z drugiego menu wybieraliśmy składniki, które chcielibyśmy ugotować w naszej zupie – przepiórcze jaja, mięso, wodorosty, tofu, ryby, makaron…do wyboru do koloru.

TripChengdu 444
Huo Guo

Dou i jej mama zamówiły zupę na ostro. Ja wiedziałem, żeby trzymać się od niej z daleka. Widząc jej kolor i pływające w niej kawałki suszonego chilli, wiedziałem że wypali mi gardło przy pierwszym kęsie. To co u nas uznaje się za bardzo ostre jedzenie, tam będzie uznane za łagodną potrawę dla małych dzieci. Wobec tego środkowa część kociołka wypełniona była kwaśnym wywarem warzywnym. Sama idea huo guo jest prosta. Pałeczkami łapiemy to co chcemy zjeść, wrzucamy do kociołka aż się ugotuje, wyciągamy z powrotem i jemy. Proste. Można zamówić dowolną ilość składników, w dowolnych konfiguracjach i siedzieć tak sobie w godzinami, nad takim jednym kociołkiem. To naprawdę bardzo przyjemny sposób jedzenia i spędzania razem czasu.

Pod koniec kolacji byłem świadkiem ciekawej sceny. Dwójka przyjaciół jadła obiad z rodzinami i gdy przyszło do płacenia doszło między nimi do serdecznej kłótni, kto ma zapłacić. Żaden nie chciał pozwolić drugiemu zapłacić, a gdy jeden z nich wyciągnął portfel, drugi mu go wyrwał i trwała ta przepychanka przez chwilę, wśród smiechów ich rodzin i kelnerki. Czas w Chengdu minął mi szybko, ale czas był wracać. Droga do Chengdu okazała sie igraszką w porównaniu z powrotem, którego chyba nigdy nie zapomnę.

Powrót do Tianjinu

Przyszło mi na własnej skórze odczuć niewygody podróży w czasie chińskiego Nowego Roku. Dou nie miała już szans zakupić biletu z miejscówką i skończyłem ze smutnym kartonikiem z napisem wuzui…bez miejsca. Oznaczało to, że czekała mnie 30-godzinna podróż bez gwarancji miejsca siedzącego. Kupiłem jedzenie na drogę, Dou pożegnała mnie przy wejściu na stację, a ja udałem się do kolejki. Przede mną widziałem tłum paruset, jeśli nie więcej ludzi, część z tobołami wielkości pralki, czekających na przepuszczenie ich w kierunku pociągu. Wielu z nich tak jak ja nie miało miejsca siedzącego i liczyło na wygodny kawałek podłogi.

W końcu bramki otworzyły się i tłum ruszył na łeb na szyję. Nie miałem szans z tymi starymi kolejkowymi wyjadaczami i gdy wsiadłem do pociągu, nawet na podłodze brakowało miejsca. Załamany wcisnąłem się w przejście w połączeniu pomiędzy wagonami i skulony tam postanowiłem przetrwać pierwszą noc. Na pierwszej stacji wsiadł typ z 20 miniaturowymi, rozkładanymi taborecikami na plecach. Takimi jakie znamy z obozów albo wypraw na ryby. Łaził po pociągu i sprzedawał je po 10 yuanów sztuka(około 5zł). Wysiadł na następnej stacji jak opchnął większość tych taborecików. Żałowałem potem, że nie kupiłem jednego. Zawsze to lepsze niż podłoga.

Noc była ciężka. Panowała zima i marzłem okrutnie. Dodatkowo za każdym razem gdy pociąg skręcał, wiatr wpadał w to połączenie pomiędzy wagonami i mroził mi plecy. Dwóch starszych Chińczyków patrzyło na mnie i rozmawiając między sobą uznali, że nie mogę być obcokrajowcem. W Chinach żyje około 15 tysięcy rdzennych Rosjan, uznawanych za jedną z 55 narodowych mniejszości Chin. Dwóch panów uznało, że muszę być Chińczykiem Rosjaninem, bo laowai (obcokrajowiec) by w taki sposób nie podróżował.

Rano uznałem, że tak dalej się nie da i postanowiłem, że udam się do wagonu restauracyjnego i będę jadł przez następne 20 godzin. Ale łatwiej powiedzieć niż zrobić. Od wagonu restauracyjnego dzieliło mnie dobrych kilka wagonów, a przejście przez jeden zajmowało dobre 15 minut. Wszystkie przejścia i miejsca pomiędzy siedzeniami zajęte były przez ludzi i ich bagaże. Czułem się jak bocian, szukając miejsca pomiędzy nimi i powoli przesuwając się przez wagon. Przeszedłem dwa wagony i zatrzymałem się u wejścia do trzeciego. Zaczynałem już wątpić w cel mojej misji, ale szczęście się do mnie uśmiechnęło.

Przywołało mnie dwóch młodych gostków, 17-letnich, siedzących na sporych tobołkach. Zrobili mi miejsce na jednej z ich waliz w rogu pociągu i zaprosili bym sie przysiadł. Siedziałem na stabilnym, dośc wygodnym siedzeniu, mogłem oprzeć się o ścianę przez którą nie wiało, a przede mną była toaleta. Miejscówka idealna. Moi wybawiciele okazali się młodymi robotnikami podróżującymi za pracą. Praca w Chengdu się skończyła, więc dwaj nastolatkowie ruszyli do Baoding, gdzie ktoś nagrał im robotę na budowie. Jeden z nich mówił słabo po mandaryńsku (potocznie chiński – język urzędowy ChRL), za to jego kolega mówił bardzo dobrze. Podzieliliśmy się tym co mieliśmy do jedzenia i gawędząc zmierzaliśmy do celu.

Toaleta przed nami była typową toaletą azjatycką, a więc wydrążoną w podłodze. Niestety ludziom nie chciało się spuszczać wody, wiec wkrótce było tam po kostki moczu, aż ktoś w końcu spuścił wodę. Za każdym razem gdy otwierano drzwi, z toalety wyzierał smród jak ze stu sławojek. Obok nas siedziała jakaś kobieta, starsza, prosta, biedna. Chciała koniecznie ugotować sobie coś do jedzenia i prosiła konduktora czy może użyć stolika w jego pokoiku. Konduktor wyśmiał ją i kazał iść do wagonu restauracyjnego. Troche żal mi było tej biednej kobiety, która nic z tego nie rozumiała i siedziała głodna do końca podróży. Był też ojciec z na oko 9-letnią córką. Nigdy nie zapomnę ich widoku. Widziałem jak ciężka była to podróż, ale ten biedny ojciec robił wszystko by uczynić ją łatwiejszym dla jego córki. Siedziała na wspomnianym wcześniej taboreciku, a tata tulił ja bezustannie. Gdy mijał nas sprzedawca jedzenia kupił jej słodyczy. Spała wtulona w niego. Nigdy nie zapomnę tego widoku ojcowskiej miłości, wyrazu jego twarzy, pełnego troski i wyrazu twarzy jego córki, która z tatą czuła się bezpieczna.

Co jakiś czas ktoś do mnie zagadywał, zaciekawiony widokiem obcokrajowca podróżującego jak chiński prowincjusz. Przynajmniej czas szybciej zlatywał na tych rozmowach. Chłopaki wysiedli w Baoding. Życzyłem im wszystkiego dobrego i mam nadzieję, że im się w życiu ułożyło. Nad ranem dotarliśmy do Pekinu, na stację Zachodnią. Stamtąd wybrałem się na Stację Południową skąd szybkim pociągiem wróciłem do Tianjinu. Wziąłem długi prysznic, a potem spałem przez większość dnia. Wieczorem ojciec Francis, po usłyszeniu mojej historii wziął mnie na dobry obiad i kawę w Starbucksie.

Podzieliłem się z o. Francisem tymi opowieściami. Dla mnie było to tylko jednorazowe doświadczenie, dla wielu z tych ludzi takie życie i taki sposób podróży to codzienność. Podróżujący robotnicy, ci młodzi chłopacy w drodze do Baoding, ten ojciec z córką, ta biedna kobieta bez pieniędzy na posiłek w wagonie restauracyjnym i cała masa innych historii. Mogę mieć tylko nadzieję, ze wszystko im sie ułożyło i że następna noworoczna podróż będzie dla nich łatwiejsza.

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s